|
Elbląskie legendy
Nie ma chyba w Polsce miasta, miasteczka lub wioski, które nie
miałyby własnego podania, bajki czy też opowiastki. Elbląg może
również poszczycić się wieloma legendami dotyczącymi miasta i
jego okolic.
Legendy zamieszczone poniżej zostały opracowane na podstawie
zbiorów opublikowanych przez Panów Romana Sulima-Gillowa,
Janusza Hochleitnera i Janusza Charytoniuka. Jeżeli
zainteresowały Państwa przytoczone poniżej legendy, zapraszamy
do zapoznania się z książkami, w których zostały one zebrane i
spisane.
Bibliografia :
Roman Sulima-Gillow, "Na szlaku legend Ziemi Elbląskiej", Nowel,
Elbląg 1997,
Janusz Charytoniuk Janusz Hochleitner, "Elbląg nasza mała
ojczyzna", Klub Myśli Obywatelskiej "Wspólnota Elbląska", Elbląg
1998,
Janusz Charytoniuk, "Jeszcze o legendach", Wiadomości Elbląskie,
nr 2, 1987, s. 11,
Janusz Hochleitner, "Piekarczyk i Kiliar", Kurier Elbląski, nr
9-10, 1996, s. 6.
Piekarczyk
Był rok 1521. Od kilku lat toczyła się wojna między Wielkim
Mistrzem Zakonu Krzyżackiego Albrechtem, a królem Polski
Zygmuntem. W tym czasie Elbląg był miastem przygranicznym,
które od czasów pokoju toruńskiego należało do
Rzeczpospolitej. W trakcie tej wojny szczęście sprzyjało raz
jednej, raz drugiej stronie. Wojska zakonu zajęły Braniewo,
natomiast Polacy opanowali zamek w Pasłęku.
Elbląg, jako zamożny ośrodek i do tego znajdujący się przy
samej granicy, był ważnym punktem strategicznym dla
Krzyżaków. Wielki Mistrz postanowił więc zdobyć miasto. W
tym właśnie celu 4 marca 1521 roku z Królewca wyruszyło w
stronę Elbląga 2 tysiące zbrojnych pod wodzą Kaspra von
Schwalbacha i Moritza von Knebel.
Mimo wcześniejszych ostrzeżeń miasto było słabo pilnowane.
Straże, zwykle czujne, drzemały znużone uroczystościami
obchodzonymi w mieście do późnych godzin nocnych. Rankiem 8
marca, kiedy mgły zaczęły okrywać okoliczne pola,
przekupieni zdrajcy napadli na straże, opuścili zwodzony
most i otworzyli ciężkie dębowe bramy. Krzyżacy jak lawina
runęli na miasto. Knechtów zakonnych jako pierwszy ujrzał
miejski kowal Antoni Boran. Zwołał on ludzi, którzy
wspólnymi siłami próbowali unieść zwodzony most.
Rozgorzała walka. Most runął do fosy. Nie przeszkodziło to
jednak nacierającym rycerzom. Ponadto w mieście znalazła się
już znaczna grupa zbrojnych. Inni nadciągali i lada chwila
powinni dostać się w obręb murów miasta. Na Starym Rynku
zaroiło się. Od strony miasta zbliżały się szybkie, głośne
kroki biegnących ludzi. To nieliczna załoga grodu spieszyła
na pomoc. Kilkudziesięciu mieszczan wdarło się na wieżę, z
której rzucili na napastników kamienie, belki, gorącą smołę
i popiół, dzięki czemu wstrzymali atakujących. Ale w
odległości kilkuset metrów od bramy pojawiła się zwarta
kolumna pozostałych sił krzyżackich.
W tych okolicznościach pośród walczących znalazł się nikomu
nie znany czeladnik piekarski. Kiedy nacierająca kolumna
była już kilkadziesiąt metrów od bramy, zaczął on swą
piekarską łopatą ciąć grube sznury, na których wisiała
dębowa krata znajdująca się w bramie. Piekarczyk uderzał
łopatą raz po raz, aż sznury zaczęły pękać. Wreszcie drgnęła
ciężka, nabijana żelaznymi ćwiekami krata i osunęła się na
dół, przygniatając pierwsze szeregi knechtów, którzy zdążyli
już wejść w głąb bramy. Krzyżacy odstąpili od murów miasta.
A ci, którzy byli już w środku, po krótkiej walce musieli
się poddać.
Męstwo Piekarczyka uczczono piosenką, a łopatę, którą
przeciął liny, zawieszono we wnętrzu bramy. Jej cząstki
wisiały tam jeszcze przez ponad 250 lat. Również na znak
zwycięstwa w bramie wyrzeźbiono znak łopaty, a każdy 8 marca
- aż do 1772 roku, obchodzono w Elblągu jako święto
miejskie.
Wesołe miasteczko
W pamięci starych Elblążan pozostał do dziś obraz,
przekazywany z pokolenia na pokolenie, "wesołego
miasteczka", mieszczącego się w obrębie murów
średniowiecznego Elbląga. Ten mały miejski raj mieścił się
na Starym Mieście między Bramą Targową i Bramą Kowalską.
Był to duży ogród obsadzony różnymi gatunkami drzew
owocowych. Granicę ogrodu stanowiły rzadkie okazy krzewów.
Pośrodku tegoż parku rosła olbrzymia lipa, której gałęzie
dawały cień ustawionym pod nią stołom. W niewielkiej
odległości od drzewa zbudowano fontannę w kształcie wielkiej
ryby. Strumienie wody z fontanny zasilały zbiornik, w którym
bawiły się elbląskie dzieci. A w pobliskiej fosie pływały
łabędzie.
Tuż przy wejściu do ogrodu zbudowano piwiarnię, w której
można było dostać elbląskie piwo oraz smakowite pierniki. W
wolne dni na ogrodowej murawie tańczyła młodzież. Działały
tu również bractwa kurkowe, które przyciągały amatorów
łucznictwa. Z biegiem lat przepiękny ogród został
przemieniony w obronne wały, a pamięć o nim przetrwała
jedynie w opowieściach.
Elbląski czarnoksiężnik
Dawno, dawno temu, w czasach, kiedy po świecie przechadzali
się czarnoksiężnicy, magowie i alchemicy, w Elblągu w
pobliżu Bramy Targowej mieszkał czarnoksiężnik o nazwisku
Kiliar lub, jak twierdzą inni, Kilian.
W mieście Kiliar znany był ze strasznego skąpstwa i
chciwości. Odżywiał się on tylko rybami przywożonymi do
miasta przez rybaków. Mieszkańcy Elbląga mówili o nim, że
jest szalony, bo zamiast zabrać się za konkretną pracę w
domu, w piwnicach gotuje złoto. Rzeczywiście, Kiliar dążył
do uzyskania złotego kruszcu, ale, niestety, mieszanie
różnorodnych składników i mikstur wciąż nie przynosiło
rezultatu.
Wbrew przeciwnościom losu i szyderstwom ludzi czarnoksiężnik
postanowił jednak za wszelką cenę zdobyć złoto. Dowiedział
się, że pod miastem w lesie, zwanym obecnie Bażantarnią,
przy starym młynie, nad strumykiem można o północy spotkać
diabła. Chęć posiadania złota popchnęła Kiliara do
działania. Sporządził on cyrograf, który podpisał własną
krwią i w sztormową noc udał się na spotkanie swego
przeznaczenia.
Diabeł zjawił się przy młynie w postaci niedźwiedzia. Siadł
na dębie i czekał na czarnoksiężnika. Kiedy ten się już
pojawił, niedźwiedź z radości zapiał jak kogut, a później
ludzkim głosem nakazał Kiliarowi umieścić cyrograf pod
młyńskim kołem. Kiedy polecenie zostało spełnione i dusza
czarnoksiężnika należała już właściwie do diabła, niedźwiedź
krzyknął : A teraz łap złoto ! Łap złoto ! Łap złoto ! Łap
... !
I na Kiliara posypały się niczym grad złote talary. Lecz gdy
tylko któraś moneta dotknęła chciwego czarnoksiężnika, w
miejscu zetknięcia się złota z ciałem pojawiał się ropiejący
wrzód.
Z powodu wielkiego bólu i strachu Kiliar stracił zmysły i
padł na ziemię. Następnego ranka znaleziono w lesie pod
starym dębem martwego Kiliara, który w zaciśniętej dłoni
trzymał kilka dziwnych kamieni.
Męstwo Elblążanek
Było to bardzo dawno temu. Krzyżacy właśnie nawracali
pogańskich Prusów krzyżem i mieczem. Władcą Pomorza był
wówczas znany z przewrotności, sprytu i przebiegłości książę
Świętopełk. Ów książę raz był gorącym przyjacielem
Krzyżaków, a innym razem ich największym wrogiem.
Któregoś dnia Świętopełk postanowił zaatakować Elbląg.
Zapewne ten przewrotny pomysł zaświtał mu w głowie podczas
pobytu w puszczy. Może wyglądało to tak, a może inaczej, ale
wiadomo, że pewnej nocy ...
Skórzana zasłona szarpnięta silną dłonią odsłoniła na chwilę
wnętrze namiotu, w którym wypoczywał książę.
- Cóż nowego mi przynosisz ? - spytał Świętopełk swego
zaufanego zwiadowcę i przyjaciela Wojsława.
- Ważne nowiny, panie. Gród elbląski jest opuszczony.
Wszyscy mężowie wyruszyli przeciw Prusom. Jedyna okazja,
panie, aby uderzyć i zdobyć miasto. Bogaty to zaiste gród.
Za chwilę głośne dźwięki rogu oznajmiły wyprawę przeciwko
Elblągowi. Kolumny nieprzyjacielskich wojsk kilkoma drogami
ruszyły w stronę grodu. Żołnierze Świętopełka szli ochoczo
na wyprawę. Wszyscy już wiedzieli, że miasto pozbawione jest
obrony. Pozostały tylko kobiety i dzieci.
- Hej, będą łupy w grodzie ! Kniaź Świętopełk wie, co robi!
- tak sobie dumali w drodze. Czerwone mury miasta,
przeplatane punktami baszt obronnych i bram wjazdowych,
złociły się w blasku słonecznym. Jeszcze trochę i
nieprzyjaciele dotrą pod same mury.
Lecz cóż to ? Co się dzieje ? Wzdłuż murów obronnych, na
pomostach baszt wykwitły zbroje i barwne stroje elbląskich
mieszczan. Las włóczni i sękatych halabard wyrósł nad murami
... Przerazili się napastnicy. Oblegać miasto ? Za małe
świętopełkowe siły. Na szturm również książę nie mógł się
zdecydować. Bez walki odszedł Świętopełk od miasta. Czy
informacje Wojsława okazały się fałszywe ? Czy Elblążanie
wcale nie opuścili miasta ?
Ależ tak ! Lecz o tym zaraz.
W Elblągu do łez zaśmiewano się, widząc odwrót książęcych
wojsk. Z murów obronnych i baszt schodziły w dół cudacznie
poprzebierane w męskie szaty i zbroje kobiety. To dzięki ich
sprytowi miasto zostało ocalone. To nie rycerze obsadzili
mury miasta. Miejsce swych mężów zajęły ich sprytne i
dzielne żony, które oszukały księcia.
O
rycerzu w srebrnej zbroi
Było to w czasie wielkiego powstania przeciw Krzyżakom w 1260
roku. W owym czasie miasto i zamek były oblegane przez Prusów.
Mimo przeważających sił wroga, Elblążanie bronili się
dzielnie. Duchowym przywódcą obleganych był biskup warmiński
Anzelm, przebywający wówczas w Elblągu. Biskup Anzelm wznosił
błagalne modły do Najświętszej Marii Panny - patronki Zakonu.
Elblążanie szukali różnych sposobów odpędzenia od murów miasta
oblegających napastników. Pewnej nocy niewielki oddział
Krzyżaków wymknął się z otoczenia w taki sposób, by zwrócić
uwagę Prusów. Podstęp udał się, poganie zwinęli obóz rozłożony
pod murami miasta i podążyli za uciekinierami. Co prawda, w
ten sposób miasto i zamek zostały uratowane, ale krzyżacki
zastęp znalazł się w poważnych opałach.
Prusowie dogonili Elblążan pod wsią Ogrodniki na Wysoczyźnie.
Na rozległej leśnej polanie miało dojść do rozstrzygającej
bitwy. Zdawało się, że Elblążanie, po dziesięć razy słabsi
liczebnie od wroga, skazani są na klęskę. Zanim doszło jednak
do pierwszej wymiany ciosów, stała się rzecz niezwykła.
Przednie szeregi pogan padły jak rażone piorunem, a reszta
wrogich wojsk rozpierzchła się w popłochu. Elblążanie
osłupiali ze zdumienia, za nic nie mogli pojąć istoty rzeczy.
Dopiero od Prusa wziętego do niewoli dowiedzieli się, co się
stało.
- To był cud - opowiadał jeniec.
- Kiedy padł rozkaz do ataku,
z nieba zstąpił rycerz w srebrnej zbroi i mieczem ognistym
poraził nasze
szeregi. |